Polecamy
Fałszywy pocałunek
Newsletter
Dziedziczka cieni Anne Bishop Dziedziczka cieni Trylogia Czarnych Kamieni - tom 2 Premiera: 15/10/2015 Nowe tłumaczenie
ISBN: 978-83-62577-45-3 Tłumaczenie: Barbara Jarząb Oprawa: miękka Ilość stron: 544 Rok wydania: 2015

Od stuleci Krwawi czekali na przybycie Czarownicy, wcielenia magii, ale Jaenelle, młodą dziewczynę, wybraną na mocy przepowiedni, dręczą toczące się wokół niej walki, nie wszyscy bowiem oczekują jej jako zbawczyni. Niektórzy odrzucają ją jako żywy mit lub nie chcą uwierzyć w jej istnienie, inni pragną uczynić z niej marionetkę, by wykorzystać jej moc do własnych celów. Tylko czas i miłość opiekunów Jaenelle były w stanie uleczyć jej fizyczne rany, lecz umysł, wciąż kruchy i delikatny, z trudem może ochronić ją przed koszmarnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Nic jednak nie uchroni jej przed przeznaczeniem a a dzień rozrachunku jest coraz bliższy. Gdy powrócą wspomnienia... gdy jej magia dojrzeje, gdy będzie zmuszona pogodzić się z losem... Tego dnia mroczne Królestwa dowiedzą się, co to znaczy być rządzonym przez Czarownicę.


Rozdział pierwszy



1. Terreille

Otoczony przez strażników Lucivar Yaslana, Książę Wojowników i półkrwi Eyrieńczyk, wkroczył na dziedziniec. Spodziewał się, że usłyszy rozkaz egzekucji. Nie zdarzało się, by niewolnika z kopalni soli przyprowadzano na dziedziniec z innego powodu, a nie miał wątpliwości, że Zuultah, Królowa Pruul, zamierza go zgładzić. Prythian, Arcykapłanka Askavi, wciąż chciała go żywego, wciąż miała nadzieję, że uczyni z niego ogiera. Nie było jej jednak na dziedzińcu.

Była natomiast Dorothea SaDiablo, Arcykapłanka Hayll.

Lucivar rozpostarł swoje błoniaste skrzydła, żeby pustynne powietrze Pruul osuszyło je. Lady Zuultah zerknęła na dowódcę straży. Po chwili jego bat ze świstem smagnął skórę na plecach Lucivara.

Syknął i złożył skrzydła.

– Jeszcze jeden przejaw nieposłuszeństwa i batów będzie pięćdziesiąt – warknęła, zanim odwróciła się do Dorothei.

Lucivar zastanawiał się, o co właściwie chodzi. Co wywabiło Dorotheę z siedziby w Hayll? I kim był Książę z Zielonym Kamieniem, który trzymając się na pewną odległość od kobiet, ściskał złożony kawałek tkaniny?

Ostrożnie wysłał psychiczną sondę i uchwycił wszystkie emocjonalne wonie. Czuł podniecenie Zuultah i – jak zwykle – jej okrucieństwo. U Dorothei czuł zniecierpliwienie i strach. Pod gniewem nieznanego Księcia dały się wysondować zgryzota i poczucie winy.

Szczególnie interesujący był jednak strach Dorothei. Świadczył bowiem o tym, że Daemon nie został jeszcze pojmany.

Usta Lucivara wykrzywił uśmiech – okrutny i pełen satysfakcji. Na ten widok Książę z Zielonym Kamieniem stał się wyraźnie wrogi.

– Tracimy czas – powiedział ostro, postępując w kierunku Lucivara.

Dorothea się odwróciła.

– Książę Alexandrze, te sprawy należy zała…

Wtedy Philip Alexander rozłożył ramiona i rozpostarł trzymaną tkaninę.

Lucivar patrzył na poplamione prześcieradło. Krew. Tyle krwi. Zbyt wiele. Krew była żywą rzeką – i psychiczną nicią. Gdyby wysłał psychiczną sondę i dotknął plamy…

Coś w jego wnętrzu znieruchomiało i stało się kruche.

Lucivar zmusił się, żeby spojrzeć w pełne wrogości oczy Philipa Alexandra.

– Tydzień temu Daemon Sadi uprowadził moją dwunastoletnią bratanicę i zabrał ją do Ołtarza Cassandry, gdzie ją zgwałcił i zarżnął. – Philip strzepnął prześcieradło, rozprostowując je.

Lucivar przełknął z trudem, chcąc uspokoić podchodzący do gardła żołądek. Powoli pokręcił głową.

– On nie mógł jej zgwałcić – powiedział, jakby mówił do siebie, a nie do Philipa. – On nie może… nigdy nie był w stanie robić tego w ten sposób.

– Może wcześniej nie dość mu było krwi – rzucił Philip. – To jest krew Jaenelle, a Wojownicy, którzy próbowali ją uratować, rozpoznali Sadiego.

Lucivar odwrócił się niechętnie w stronę Dorothei.

– Jesteś tego pewna? – zapytał.

– Zwróciłam uwagę, niestety za późno, na to, że Sadi wprost nienaturalnie interesował się tym dzieckiem. – Dorothea lekko wzruszyła ramionami. – Być może poczuł się urażony, gdy próbowała odeprzeć jego zaloty. Równie dobrze jak ja wiesz, że gdy wpadnie w szał, stać go na wszystko.

– To ty znalazłaś ciało?

Dorothea się zawahała.

– Nie. Wszystko odkryli Wojownicy. – Wskazała na prześcieradło. – Nie musisz mi wierzyć na słowo. Sprawdź, czy zniesiesz to, co jest ukryte w jej krwi.

Lucivar odetchnął głęboko. Ta suka kłamała. Musiała kłamać. Słodka Ciemności, jeśli nie kłamie…

Daemonowi rzeczywiście zaoferowano wolność w zamian za zabicie Jaenelle. Odrzucił jednak tę propozycję, przynajmniej tak powiedział. A co jeśli jej nie odrzucił?

Otworzył umysł i dotknął zakrwawionego prześcieradła. Natychmiast upadł na kolana i zwrócił na podłogę strawione nędzne śniadanie, które zjadł godzinę wcześniej. Drżał w rytm tętniących w jego wnętrzu uderzeń.

Cholerny Sadi. Przeklinam na wieki duszę tego sukinsyna. Ona była dzieckiem! Co musiałaby zrobić, aby sobie na to zasłużyć? Była Czarownicą, żywym mitem. Królową. A oni marzyli, by jej służyć. Była jego prychającą Kotką. Niech cię cholera, Sadi!

Strażnicy dźwignęli Lucivara na nogi.

– Gdzie on jest? – zapytał Philip Alexander. Yaslana zamknął złociste oczy, aby nie patrzeć na prześcieradło. Nigdy jeszcze nie był tak zmęczony, tak potwornie wyczerpany. Nigdy tak się nie czuł – ani kiedy był chłopcem w eyrieńskich obozach myśliwskich, ani na żadnym z niezliczonych dworów, na których służył przez stulecia. Nie czuł się tak nawet tutaj, w Pruul, będąc jednym z niewolników Zuultah. – Gdzie on jest? – powtórzył Philip.

Lucivar otworzył oczy.

– A skąd, w imię Piekła, mam to wiedzieć?

– Gdy Wojownicy zgubili jego trop, zmierzał na południowy wschód, w stronę Pruul. Wiadomo, że…

– Tutaj by nie przybył. – Uderzenia głęboko w jego wnętrzu zmieniły się w palące cięgi. – On nie śmiałby zjawić się tutaj.

Dorothea SaDiablo podeszła do niego.

– Dlaczego nie? W przeszłości pomagaliście sobie. Nie ma powodu, żeby…

– Jest powód – przerwał jej dziko. – Jeśli jeszcze raz zobaczę tego sukinsyna, wyrwę mu serce!

Dorothea cofnęła się, wyraźnie wstrząśnięta. Zuultah przyglądała się Lucivarowi nieufnie. Philip Alexander powoli opuścił ramiona.

– Uznano go za bandytę. Za jego głowę wyznaczono nagrodę. Gdy go schwytają …

– Zostanie przykładnie ukarany – dokończyła Dorothea.

– Będzie egzekucja! – powiedział z mocą Philip.

Zapadła cisza.

– Książę Alexandrze, nawet człowiek z Chaillot powinien wiedzieć, że Krwawi nie mają paragrafów za morderstwo – wymruczała Dorothea. – Jeśli nie miałeś dość rozsądku, by zapobiec zabawom zaburzonego emocjonalnie dziecka z Księciem Wojowników o temperamencie Sadiego… – Znów wzruszyła ramionami. – Być może dziecko dostało to, na co zasłużyło.

Philip zbladł.

– To była dobra dziewczynka, Dorotheo. – Jego głos drżał niepewnie.

– Tak. Tak dobra, że co kilka miesięcy twoja rodzina musiała ją odsyłać.

Dziecko z zaburzeniami emocjonalnymi. Te słowa były jak krzyk. Zamieniały wściekłość Lucivara w lodowaty gniew. Dziecko z zaburzeniami emocjonalnymi. Trzymaj się ode mnie z dala, bękarcie. Dla własnego dobra nie zbliżaj się, bo poszatkuję cię na kawałki.

Lucivar nie zauważył, że w międzyczasie Zuultah, Dorothea i Philip odeszli, by kontynuować rozmowę w chłodniejszych częściach domu. Ledwo dostrzegł, że prowadzą go z powrotem do kopalni soli. Ledwo miał świadomość kilofa, który trzymał, i bólu powodowanego potem spływającym do świeżych ran na plecach.

Przed oczami miał tylko zakrwawione prześcieradło.

Zamachnął się kilofem.

Kłamca.

Nie widział murów, nie widział soli. Widział złocistobrązową skórę na klatce piersiowej Daemona, widział serce, które pod nią bije.

Przebiegły. Wyszkolony na dworach. Kłamca!


2. Piekło

Andulvar oparł się biodrem o róg wielkiego hebanowego biurka.

Saetan podniósł wzrok znad listu, który właśnie pisał.

– Myślałem, że wracasz do swojej twierdzy.

– Zmieniłem zdanie. – Andulvar rozejrzał się po gabinecie Saetana. Wreszcie skupił uwagę na portrecie Cassandry, Królowej z Czarnym Kamieniem, która chodziła po Królestwach ponad pięćdziesiąt tysięcy lat wcześniej. Pięć lat temu Saetan odkrył, że Cassandra sfingowała ostateczną śmierć i stała się Strażniczką, aby czekać na kolejną Czarownicę.

I cóż się stało z kolejną Czarownicą? pomyślał teraz ponuro. Jaenelle Angelline była niezwykłym dzieckiem, ale dzieckiem równie wrażliwym, jak wszystkie inne. Nawet potężna moc nie uchroniła jej przed skutkami rodzinnych sekretów, których on i Saetan mogli się tylko domyślać, ani przed okrutnymi planami Dorothei i Hekatah. Chciały wyeliminować jedyną rywalkę, która mogłaby je pozbawić władzy nad Królestwem Terreille. Był pewien, że to one stały za aktem przemocy, w wyniku którego duch opuścił ciało Jaenelle.

Przyjaciółka przybyła zbyt późno, aby zapobiec przemocy, ale wyrwała Jaenelle z rąk prześladowców i przywiozła ją do Ołtarza Cassandry. Tam Daemon z pomocą Saetana przekonał ją, że warto uleczyć rany ciała. Gdy jednak przybyli Wojownicy z Chaillot, Jaenelle znów pogrążyła się w otchłani.

Rany jej ciała powoli się goiły, ale tylko Ciemność wiedziała, gdzie jest obecnie jej duch – i czy kiedykolwiek jeszcze wróci.

Andulvar spojrzał na Saetana, odetchnął głęboko i wydął policzki, wypuszczając powietrze.

– To twoja rezygnacja z członkostwa w Ciemnej Radzie? – zapytał, wskazując na kartkę na biurku Saetana.

– Powinienem był złożyć ją już dawno.

– Zawsze upierałeś się, że kilku żywych martwych przydaje się w Radzie – mają doświadczenie, ale nie są zainteresowani podejmowanymi decyzjami.

– Tak. A teraz jestem bardzo zainteresowany decyzjami Rady z osobistych względów, prawda? – Saetan złożył pod pismem, jak zawsze, ozdobny podpis, wsunął list do koperty i zapieczętował ją czarnym woskiem. – Mógłbyś doręczyć to w moim imieniu?

Andulvar niechętnie wyciągnął rękę.

– A co będzie, jeśli Ciemna Rada postanowi szukać jej rodziny?

Wielki Lord rozparł się wygodnie w fotelu.

– W Terreille nie było Ciemnej Rady od czasu ostatniej wojny między Królestwami. Nie ma powodu, aby Rada Kaeleer szukała czegoś poza Królestwem Cieni.

– Jeśli sprawdzą rejestry w Ebon Askavi, stwierdzą, że nie pochodziła z Kaeleer.

– Geoffrey nie znajdzie w Bibliotece Stołpu żadnych wskazówek, które mogłyby doprowadzić z powrotem do Chaillot. Poza tym Jaenelle nigdy nie była wymieniona w rejestrach – i nie będzie, dopóki nie pojawią się powody, żeby ją tam wpisać.

– Zamieszkasz tam?

– Owszem.

– Jak długo?

– Tak długo, jak będzie trzeba – odparł Saetan po chwili wahania. A gdy jego gość wciąż stał w miejscu, dodał: – Coś jeszcze?

Andulvar utkwił wzrok w starannie wykaligrafowanych literach na kopercie.

– W poczekalni na górze jest demon, który prosił o widzenie – oznajmił. – Mówi, że to ważne.

Wielki Lord odsunął się od biurka i sięgnął po laskę.

– Mówi tak każdy, kto ma odwagę się tu zjawić. Kim on jest?

– Nigdy wcześniej go nie widziałem – powiedział Andulvar, a potem dodał niechętnie: – Jest nowy w Ciemnym Królestwie. Przybywa z Hayll.

Saetan, kulejąc, okrążył biurko.

– A więc czego ode mnie oczekuje? Nie miałem do czynienia z Hayll od tysiąca siedmiuset lat.

– Nie zdradził powodu swojej wizyty. – Andulvar zamyślił się przez chwilę. – On mi się nie podoba.

– To oczywiste – odparł Saetan z drwiną. – Jest z Hayll.

Andulvar potrząsnął głową.

– Nie tylko to. Wydaje mi się, że ma coś na sumieniu.

– No cóż. Porozmawiajmy więc z naszym haylliańskim bratem – stwierdził Wielki Lord ze złośliwą grzecznością.

Andulvar nie zdołał opanować drżenia. Na szczęście Saetan, który odwrócił się już w stronę drzwi, nie zauważył tego. Byli przyjaciółmi od tysięcy lat – razem służyli, razem się śmiali i razem płakali. Nie chciał go zranić. Ale czasem bał się swojego przyjaciela.

Gdy jednak Saetan otworzył drzwi i spojrzał na niego przez ramię, Andulvar dostrzegł w jego oczach błysk gniewu. A jednak zauważył.


Haylliański wojownik stał w poczekalni z rękami założonymi za plecami. Całe jego ubranie było czarne, nawet owinięta wokół szyi jedwabna apaszka.

– Wielki Lordzie. – Złożył przed Saetanem pełen szacunku ukłon.

– Czy nie są ci znane choćby podstawowe zasady obowiązujące podczas spotkania z nieznanym Księciem Wojowników? – zapytał łagodnie Saetan.

– Wielki Lordzie…? – zająknął się przybysz.

– Mężczyzna nie chowa rąk, o ile nie ukrywa broni – wyjaśnił Andulvar, wchodząc do sali. Rozpostarł ciemne skrzydła, blokując drogę ucieczki.

Przez twarz Wojownika przemknęła furia. Wyciągnął ręce przed siebie.

– Moje dłonie są zupełnie bezużyteczne.

Saetan rzucił okiem na czarne rękawiczki. Prawa dłoń była wykrzywiona w szpony. W lewej brakowało jednego palca.

– Jak się nazywasz?

– Greer, Wielki Lordzie – odparł Wojownik po chwili wahania. Zbyt długiej chwili.

Nawet wypowiedziane na głos nazwisko jakby zepsuło powietrze wokół nich. Nie chodziło tylko o Wojownika, choć pewnie odór zepsutego mięsa będzie wietrzał przez kilka tygodni. Ale było coś jeszcze. Wzrok Saetana powędrował ku czarnej jedwabnej apaszce. Jego nozdrza rozszerzyły się, gdy wciągnął zapach. Aż za dobrze go pamiętał.

A więc Hekatah wciąż gustuje w tych perfumach.

– Czego chcesz, Lordzie Greer? – zapytał, choć wiedział już, dlaczego Hekatah przysłała go tutaj. Nie bez wysiłku stłumił narastający w nim lodowaty gniew.

Greer wbił wzrok w podłogę.

– Ja… Byłem ciekaw, czy masz jakieś wieści o młodej czarownicy?

Nagle sala stała się tak przyjemnie chłodna, tak słodko ciemna. Jedna myśl, jeden krótki kontakt z mocą Czarnych Kamieni i po Wojowniku nie pozostanie nawet szept w Ciemności.

– Jestem władcą Piekła, Greer – powiedział Saetan zbyt łagodnie. – Dlaczego miałbym przejmować się jakąś haylliańską czarownicą?

– Ona nie była z Hayll… – Greer się zawahał. – Myślałem, że jest twoją przyjaciółką.

– Moją?

Greer oblizał wargi.

– Kiedy pracowałem dla haylliańskiej ambasady w Beldon Mor, stolicy Chaillot, miałem zaszczyt spotkać Jaenelle. Gdy zaczęły się problemy, nadużyłem zaufania Arcykapłanki Hayll. Pomogłem Daemonowi Sadiemu przetransportować dziewczynkę w bezpieczne miejsce. – Lewą ręką przez chwilę szarpał apaszkę. W końcu ściągnął ją nerwowym gestem. – To była moja nagroda.

Kłamliwy sukinsyn, pomyślał Saetan. Gdyby nie miał planów wobec tego ścierwa, przedarłby się przez jego umysł i sprawdził, która jego część rzeczywiście brała w tym udział.

– Znałem tę dziewczynkę – warknął, idąc w stronę drzwi.

Greer zrobił krok w przód.

– Znałeś? Czy ona jest…

Saetan odwrócił się.

– Ona jest wśród cildru dyathe!

Wojownik opuścił głowę.

– Niech Ciemność będzie łaskawa.

– Wyjdź! – Saetan zszedł z drogi, by nie zostać skażonym.

Andulvar złożył skrzydła i odprowadził Greera do holu.

Gdy kilka minut później wrócił, był nieco zaniepokojony. Saetan wpatrywał się w niego. Nie dbał już o to, czy jego oczy zdradzają gniew i nienawiść.

Andulvar przyjął eyrieńską pozycję gotowości do walki. Rozstawił szeroko stopy i lekko rozłożył skrzydła.

– To, co powiedziałeś, rozejdzie się po piekle szybciej niż zapach świeżej krwi. Wiesz o tym.

Saetan oburącz uchwycił laskę.

– Nic mnie to nie obchodzi. Najważniejsze, że powie suce, która go tu przysłała.


– Powiedział to? Naprawdę to powiedział?

Greer zapadł się w jedyny fotel w komnacie i ze znużeniem skinął głową.

Hekatah, samozwańcza Arcykapłanka Piekła, krążyła po komnacie.

To było nawet lepsze, niż zwyczajnie zniszczyć dziecko. Teraz – z rozdartym umysłem, z rozdartym martwym ciałem – dziewczynka będzie niewidzialnym ostrzem między żebrami Saetana; ostrzem, które będzie się wciąż obracać, przypominając, że nie był on jedyną władzą, z którą należy się liczyć.

Hekatah zatrzymała się. Odchyliła głowę i rozłożyła ręce w geście triumfu.

– Ona przechadza się wśród cildru dyathe! – Osunęła się z wdziękiem na podłogę i oparła o fotel, muskając policzek Greera. – I to ty sprawiłeś, mój drogi. Na nic już mu się nie przyda.

– Tobie także, Kapłanko – odparł.

Zamruczała zalotnie. W jej złotych oczach błysnęło okrucieństwo.

– Może nie przyda się w moich pierwotnych planach, ale będzie doskonałą bronią przeciw temu sukinsynowi. – Widząc puste spojrzenie Greera, Hekatah wstała, strzepnęła szatę i syknęła z irytacją: – To twoje ciało jest martwe, nie umysł. Spróbuj pomyśleć, mój drogi. Kto jeszcze interesował się tym dzieckiem?

Greer wyprostował się i uśmiechnął leniwie.

– Daemon Sadi.

– Daemon Sadi – przyznała z satysfakcją. – A czy twoim zdaniem będzie zadowolony, gdy stwierdzi, że jego mała ukochana Jaenelle jest tak bardzo, bardzo martwa? I kogo, przy odrobinie pomocy, obwini za jej odejście ze świata żywych? Wyobraź sobie radość skłócenia syna z ojcem. A jeśli zniszczą się wzajemnie – Hekatah rozłożyła ramiona – Piekło znów się podzieli i wszyscy ci, którzy zawsze bali się mu przeciwstawić, zgromadzą się wokół mnie. A gdy będę miała po swojej stronie moc demonów, Terreille w końcu padnie przede mną na kolana. Tym razem ten sukinsyn nie zdoła pokrzyżować moich planów. – Rozejrzała się z niesmakiem po niewielkim, prawie pustym pokoju. – Gdy już go nie będzie, znów będę otoczona przepychem, który mi się słusznie należy. A ty, mój drogi, będziesz stał przy moim boku. – Chodź. – Pociągnęła go za rękę do drugiej, niewielkiej komnaty. – Wiem, że śmierć ciała jest szokiem… – Greer utkwił wzrok w dwóch postaciach – chłopca i dziewczyny – skulonych na wiązce słomy. – Jesteśmy demonami, Greer – ciągnęła Hekatah. – Potrzebujemy świeżej, gorącej krwi. Pozwala nam ona zachować siłę mięśni. Wprawdzie niektóre cielesne przyjemności nie są już dla nas dostępne, ale możemy sobie rekompensować ich brak. – Oparła się o niego. Jej usta były teraz tuż przy jego uchu. – Dziecko Krwawych jest lepsze, jednak trudniejsze do zdobycia. Ale zjadanie dziecka z plebsu też jest przyjemne. – Oddychał szybko, jakby brakowało mu powietrza. – Śliczna, mała dziewczynka, nie sądzisz, Greer? – wymruczała Hekatah. – Po pierwszym psychicznym dotknięciu z jej umysłu zostanie kupka gorącego popiołu, ale prymitywne emocje pozostaną… wystarczająco długo. Strach jest wybornym posiłkiem. [...]

Niewidzialny Pierścień
Bestsellery
  • Ciotka Poldi i sycylijskie lwy MARIO GIORDANO
  • Fałszywy pocałunek MARY E. PEARSON
  • Miasto świętych i złodziei NATALIE C. ANDERSON