Polecamy
Naznaczona
Newsletter
Gdzie Indziej Gabrielle Zevin Gdzie Indziej
ISBN: 978-83-62577-03-3 Tłumaczenie: Grażyna Smosna Oprawa: Miękka Ilość stron: 240 Format: 15 x 21 cm Rok wydania: 2010

Przykro mi, ale nie spotkało mnie nic szczególnego… Jestem tylko dziewczyną, która zapomniała spojrzeć w obie strony, zanim przeszła na drugą stronę ulicy.


W tej zachwycającej powieści śmierć jest początkiem zwiastującym ponowne narodziny. Po tym, jak Liz ginie w wypadku, którego sprawca ucieka z miejsca zdarzenia, jej życie nabiera niespodziewanego kształtu. Na krótko przed swoimi szesnastymi urodzinami dziewczynka uświa¬damia sobie, że nigdy nie wyjdzie za mąż, nie będzie mieć dzieci i być może w nikim się nie zakocha. Gdzie Indziej sprawy biegną zwykłym, ziemskim torem, z tą różnicą, że jego mieszkańcy młodnieją, ludzie i psy wreszcie mogą się ze sobą porozumieć, zawiązują się nowe związki, a sta¬re, wcześniej tragicznie przerwane, rozkwitają nowymi kolorami.


Gdzie Indziej to przepojona niecodziennymi pomysłami powieść o nadziei, odkupieniu i ponownych narodzinach, osnuta wokół najbardziej wzruszających i urzekających relacji międzyludzkich. Rozbrajająca szczerością opowieść o smutku i podnosząca na duchu historia o miłości i szczęściu.


Książka została wydana w 18 krajach.


Inne książki tego autora

Zapomniałam, że Cię kocham


Nasze recenzje

Stacja Kultura

Dla studenta

Gildia.pl

Nastek.pl



Zevin pisze urzekająco lekko, poruszając nawet śmiertelnie poważne tematy z zachowaniem właściwych proporcji między humorem, mądrością i liryzmem. […] Żadne streszczenie nie wyrazi głębi uroku i mądrości roztaczanych przez tę książkę.

„The New York Times”


Gabrielle Zevin w fascynujący sposób zadaje sobie i czytelnikom pytanie: „A co, jeśli…?” Doskonały humor idący w parze z mnóstwem przemyśleń na temat ludzi i czworonogów.

„Chicago Tribune”


[…] to książka na temat ulotnego piękna życia, potrzeby miłości i słodko-gorzkiego smaku ich obu.

„Philadelphia Inquirer”


Zevin oddaje w nasze ręce oszałamiającą, oryginalną powieść o gniewie i wybaczeniu, miłości i ukojeniu, życiu i śmierci oraz znaczeniu tego wszystkiego.

„Buffalo News”


Urzekająca historia o tamtym świecie, która jednocześnie chwyta za serce i podnosi na duchu.

„Minneapolis Star-Tribune”


Dzieło uderzające swym pięknem. Ta pomysłowa powieść trafia w samo sedno ludzkich pragnień, prezentując niezatartą wizję życia i śmierci jako równie wartościowych stron tej samej monety.

„Starred, „Booklist”


Intrygująca. Sprawnie prowadzi czytelników przez wyboisty krajobraz pełen wyraziście nakreślonych postaci, zmagających się z najtrudniejszymi sprawami, którym wszyscy będziemy musieli kiedyś stawić czoła. Dostarcza sporo materiału do rozmyślań i dyskusji.

Starred, „School Library Journal”

Stany Zjednoczone


- umieszczona na liście Amazon.com Top 10 Editor’s Picks w kategorii: książki dla młodzieży,

- obecna w gronie książek dla młodzieży uznanych przez Stowarzyszenie Bibliotek Amerykańskich za szczególnie wartościowe,

- umieszczona na liście 10 najlepszych książek dla młodzieży w ocenie Stowarzyszenia Bibliotek Amerykańskich,

- obecna w gronie najwyżej ocenianych książek popularnych w miękkiej oprawie, w kategorii dla młodzieży, w ocenie Stowarzyszenia Bibliotek Amerykańskich,

- wybrana Najlepszą Dziecięcą Książką Roku przez Bank Street Children’s Book Committee,

- obecna w prestiżowym gronie książek rekomendowanych przez Barnes and Noble Book Club,

- obecna na szczycie listy książek rekomendowanych przez Stowarzyszenie Booklist Editors’ Choice w kategorii: fikcja dla młodzieży,

- wyróżniona w kategorii książki dla nastolatków przez Nowojorską Bibliotekę Publiczną,

- wyróżniona przez Book Sense i określona mianem godna uwagi,

- zdobywczyni nagrody przyznawanej przez Borders Original Voices,

- nominowana do nagrody California Young Reader Medal,

- zdobywczyni nagrody w kategorii książki dla dzieci, przyznawanej przez Connecticut Nutmeg

- umieszczona na prestiżowej liście książek Delaware Blue Hen Book Master List oraz „Horn Book Magazine” Fanfare List,

- wyróżniona nagrodą Georgia Peach Book Award,

- wyróżniona przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Czytelników w kategorii: książki dla młodzieży

- nagrodzona przez New Jersey Garden State Teen Book Award w kategorii: książki dla nastolatków,

- wyróżniona przez Kirkus Reviews Editor’s Choice,

- wyróżniona przez Publisher’s Weekly „Cuffies” w kategorii Najbardziej Obiecującego Nowego Autora,

- nominowana do nagrody Quill Awards,

- wybrana Najlepszą Książką Roku przez School Library Journal,

- nominowana do nagrody South Carolina Young Adult Book Award,

- obecna na liście książek nominowanych do nagród: Tennessee Intermediate Volunteer State Book Award, Virginia Young Readers Award, Wyoming Soaring Eagle Book Award,

- umieszczona na liście lektur Texas TAYSHAS High School.


Wielka Brytania


- zdobywczyni nagrody Sheffield Children’s Book Prize w kategorii: powieść,

- zdobywczyni nagrody Stockport School’s Book Award w kategorii: Key Stage Three (książki przeznaczone dla czytelników w wieku 11-14 lat),

- zdobywczyni nagrody West Kent Themed Book Awards,

- zdobywczyni drugiej nagrody Kingston Libraries Youth Book Award

- gorąco polecana przez Krajowe Stowarzyszenie Literackie

- obecna na liście książek nominowanych do prestiżowej nagrody Carnegie Medal.


Prolog: Koniec


– Koniec nastąpił szybko, nie czuła bólu. – Czasami ojciec szepcze te słowa matce, a czasami matka szepcze je ojcu. Lucy słyszy te szepty ze szczytu schodów, ale ich nie komentuje.

Przez wzgląd na Lizzie Lucy chce wierzyć, że koniec naprawdę nastąpił szybko i bezboleśnie – szybki koniec to przecież dobry koniec. Mimo to nie potrafi pozbyć się wątpliwości: skąd u nich ta pewność? Moment zderzenia przecież musiał być bolesny, myśli Lucy. A co, jeśli ten moment wcale nie był krótki?

Lucy wlecze się do pokoju Lizzie i rozgląda się dokoła w przygnębieniu. Życie nastolatki to kolekcja przypadkowych przedmiotów, takich jak turkusowy biustonosz, przerzucony przez monitor komputera, nieposłane łóżko, wypełnione dżdżownicami akwarium, sflaczały balon z ubiegłorocznych walentynek, wisząca na klamce plakietka z napisem: NIE WCHODZIĆ, dwa niewykorzystane bilety na koncert kapeli Machine, leżące pod łóżkiem. Jakie to wszystko ma znaczenie w obliczu końca? Czyżby w ostatecznym rozrachunku człowiek był wart tyle, co garstka śmieci?

Jedyne, co może zrobić Lucy, gdy ogarnia ją ten depresyjny nastrój, to kopanie – tak długo, aż zapomni o wszystkim i wszystkich. Chciałaby się przekopać przez różowy dywan do pokoju, który jest pod nim. Kopać, dopóki nie wpadnie do powstałej w ten sposób dziury. Kopać, kopać, kopać, kopać…

Lucy właśnie udało się wejść we właściwy rytm oczyszczającego kopania, gdy poczuła, że Alvy – siedmioletni brat Lizzie – podnosi ją z dywanu i kładzie na swoich kolanach.

– Nie martw się – mówi Alvy. – Choć należałaś do Lizzie, ktoś zawsze cię nakarmi, umyje i wyprowadzi na spacer do parku. Od tej pory możesz mieszkać w moim pokoju.

Lucy siedzi sztywno na zbyt wąskich kolanach Alvy’ego i wyobraża sobie, że Lizzie po prostu wyjechała na studia. Miała prawie szesnaście lat i, tak czy inaczej, za dwa lata by do tego doszło. Błyszczące, kolorowe broszury uczelni coraz częściej spadały na podłogę w jej pokoju. Od czasu do czasu Lucy zdarzało się nasikać na którąś z nich lub odgryźć róg innej, wiedziała jednak, że nic nie powstrzyma Lizzie od wyjazdu. Musiał nadejść dzień, kiedy wyprowadzi się do akademika, w którym nie można trzymać psów.

– Jak myślisz, gdzie ona teraz jest? – pyta cicho Alvy.

Lucy przekrzywia głowę.

– Czyżby była… – robi krótką pauzę – tam, na górze?

O ile Lucy dobrze się orientuje, tam, na górze jest tylko strych.

– Cóż – mówi Alvy, unosząc brodę w wyzywającym geście. – Wierzę, że właśnie tam jest. Wierzę, że są tam anioły, harfy, mnóstwo puchatych obłoczków, białe, jedwabne piżamy i cała ta reszta.

Może i tak, myśli Lucy. Jakoś nie wierzy jednak w krainę wiecznych łowów ani w most z tęczy, prowadzący na drugą stronę. Jej zdaniem każdy mops kręci się po świecie tylko raz. I koniec pieśni. Chciałaby pewnego dnia znowu zobaczyć Lizzie, ale nie pokłada w tym wielkich nadziei. Nawet jeśli jest jakieś „później”, skąd wiadomo, czy będzie tam istniała karma dla psów, drzemki, świeża woda, mięciutkie kolana i czy w ogóle będą tam psy? A najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że tamtego świata tu nie ma!

Lucy jęczy, głównie z żalu, ale też (trzeba to w końcu powiedzieć głośno) z głodu. Kiedy rodzina traci jedyną córkę, przerwy między posiłkami mopsa mogą się znacząco wydłużyć. Lucy przeklina swój zdradziecki żołądek: co z niej za zwierzę, skoro myśli o jedzeniu nawet wtedy, gdy straciła najlepszą przyjaciółkę?

– Szkoda, że nie potrafisz mówić – odzywa się Alvy. – Na pewno myślisz o czymś ciekawym.

– Szkoda, że nie potrafisz słuchać – odszczekuje Lucy, lecz Alvy i tak jej nie rozumie.

Następnego dnia matka zabiera Lucy do parku. Po raz pierwszy od śmierci Lizzie ktoś pomyślał o wyprowadzeniu psa na spacer.

W drodze do parku Lucy czuje woń spowijającego je obie matczynego smutku. Usiłuje skojarzyć, co przypomina jej ten zapach. Deszcz? Pietruszkę? Burbona? Stare książki? Wełniane skarpetki? Banany – decyduje w końcu.

Po dotarciu na miejsce Lucy kładzie się na ławce. Jest samotna, w depresji i (czy to się wreszcie skończy?) głodna. Pudel miniaturka imieniem Coco pyta, co się stało, a Lucy z westchnieniem opowiada całą historię. Jako że pudel jest niepoprawnym plotkarzem, wieść roznosi się po całym parku lotem błyskawicy.

Bandyta, jednooki mieszaniec, który w mniej wyrafinowanym towarzystwie zostałby pewnie nazwany kundlem, przekazuje Lucy wyrazy współczucia. Zaraz potem pyta:

– Wyrzucą cię teraz na bruk?

– Nie – odpowiada Lucy. – Będę mieszkać z tą samą rodziną.

– W takim razie nie widzę problemu – mówi Bandyta.

– Ona miała tylko piętnaście lat.

– I co z tego? My dożywamy dziesiątych, góra piętnastych urodzin i nikt nie robi z tego powodu tragedii.

– Tylko że ona nie była psem – szczeka rozżalona Lucy. – Była człowiekiem, moją panią, i została potrącona przez samochód.

– I co z tego? Nas ciągle ktoś potrąca. Uszy do góry, mopsiku. Za dużo się martwisz. Pewnie dlatego masz tyle zmarszczek.

Lucy słyszała ten żart już wiele razy i myśli sobie – może trochę niesprawiedliwie, bo Bandyta nie jest złym psem – że nigdy jeszcze nie spotkała kundla z właściwym poczuciem humoru.

– Dobrze ci radzę, znajdź sobie nowego pana. Gdybyś miała w sobie tyle mądrości życiowej, co ja, wiedziałabyś, że wszyscy ludzie ulepieni są z jednej gliny. Zostaję z nimi dopóty, dopóki dbają, bym miał pełną miskę. – Co powiedziawszy, Bandyta porzuca Lucy i biegnie w kierunku lecącego w powietrzu frisbee.

Lucy wzdycha i zaczyna się nad sobą użalać. Ze smutkiem przygląda się pochłoniętym zabawą kolegom.

– Spójrzcie tylko na te psy, jak obwąchują się pod ogonami, uganiają za piłką i biegają w kółko! Wyglądają tak beztrosko! Gdzie się podział naturalny porządek rzeczy? Pies nie powinien żyć dłużej od swojego pana! – wyje żałośnie Lucy. – Nikt, kto sam tego nie przeżył, mnie nie zrozumie. Co więcej, wygląda na to, że wszyscy mają to gdzieś. – Lucy potrząsa małą, okrągłą główką. – To takie dołujące. Nie chce mi się nawet machnąć ogonem. W ostatecznym rozrachunku, kiedy czyjeś życie się kończy, przejmują się tym wyłącznie rodzina, przyjaciele i znajomi tej osoby – skamle mops. – Dla całej reszty to po prostu kolejny koniec.


Część I: Nil


Na morzu


Elizabeth Hall budzi się w dziwnym łóżku, w dziwnym pokoju, z dziwnym wrażeniem, że pościel usiłuje ją udusić.

Liz (dla nauczycieli Elizabeth, dla rodziny Lizzie – chyba że coś przeskrobała – a dla reszty świata po prostu Liz) siada i uderza głową o coś, co okazuje się piętrowym łóżkiem. Z góry natychmiast dobiega rozgniewany, obcy głos:

– O cholera!

Liz zagląda na górną koję, gdzie śpi, a przynajmniej próbuje spać, jakaś nieznajoma dziewczynka. Jest mniej więcej w wieku Liz, ma na sobie białą koszulę nocną, a jej długie, ciemne włosy tworzą plątaninę ozdobionych barwnymi paciorkami warkoczyków. W oczach Liz dziewczynka wygląda jak królowa.

– Przepraszam – zaczepia ją Liz. – Nie wiesz czasem, gdzie jesteśmy?

Dziewczynka ziewa i przeciera oczy z resztek snu. Obrzuca spojrzeniem Liz, sufit, podłogę, okno i ponownie zatrzymuje wzrok na twarzy dziewczynki. Dotyka palcami swych warkoczyków i wzdycha.

– Na statku – mówi, tłumiąc kolejne ziewnięcie.

– Jak to „na statku”?

– Widzę wodę, całe mnóstwo wody. Wyjrzyj przez okno – odpowiada, po czym z powrotem zanurza się w pościeli. – Oczywiście mogłaś wpaść na ten pomysł, zanim mnie obudziłaś.

– Przepraszam – szepcze Liz.

Wygląda przez okno, które znajduje się na wysokości jej łóżka. Rzeczywiście, jak okiem sięgnąć, widzi bezkresny ocean i szarość wczesnego poranka, przykrytą pierzyną mgły. Mrużąc oczy, jest w stanie wypatrzyć nadmorski deptak, na którym dostrzega znajome sylwetki – rodziców i swojego młodszego brata Alvy’ego. Chociaż z każdą sekundą robią się mniejsi i bardziej rozmazani, Liz potrafi dostrzec, że ojciec płacze, a matka obejmuje go ramieniem. Mimo dzielącej ich odległości Alvy patrzy prosto na Liz i macha w jej kierunku. Dziesięć sekund wystarczy, by mgła całkowicie pochłonęła jej rodzinę.

Liz z powrotem kładzie się do łóżka. Chociaż czuje się zadziwiająco przytomna, z kilku powodów jest pewna, że śni. Po pierwsze, w żaden sposób nie mogłaby się znaleźć na statku, skoro właśnie powinna kończyć dziesiątą klasę. Po drugie, jeśli nawet są wakacje, to rodzice i Alvy niestety zapewne byliby tu z nią. Po trzecie, tylko we śnie można oglądać rzeczy, których nie powinno się widzieć, takie jak własna rodzina stojąca na odległym o setki mil deptaku. Dobrnąwszy do czwartej przyczyny, Liz postanawia wygramolić się z koi. Marnować sen, śpiąc – cóż to byłaby za strata, myśli.

Starając się nie zbudzić nieznajomej dziewczynki, Liz idzie na paluszkach przez cały pokój, aż dociera do stojącej pod ścianą komody. Jest przykręcona śrubami do podłogi, co ostatecznie utwierdza Liz w przekonaniu, że zajduje się na morzu. Mimo że pokój nie jest brzydki, robi na niej wrażenie opuszczonego i przygnębiającego, jakby gościł wiele osób, z których żadna nie zdecydowała się zostać w nim na dłużej.

Liz otwiera szuflady komody, żeby sprawdzić ich zawartość. Są puste – wewnątrz nie ma nic, nawet egzemplarza Biblii. Chociaż stara się nie hałasować, ostatnia szuflada wymyka jej się z rąk i z hukiem uderza o podłogę, w rezultacie czego nieznajoma dziewczynka ponownie się budzi.

– Niektórzy usiłują spać! – wrzeszczy.

– Wybacz mi. Chciałam tylko sprawdzić szuflady. Jeśli jesteś ciekawa, są puste. – Liz przeprasza i siada ponownie na dolnej koi. – A tak w ogóle to masz ładną fryzurę.

Dziewczynka dotyka warkoczyków.

– Dzięki.

– Jak masz na imię? – pyta Liz.

– Thandiwe Washington, ale mówią na mnie Thandi.

– Jestem Liz.

Thandi ziewa przeciągle.

– Masz szesnaście lat?

– Będę miała w sierpniu – odpowiada Liz.

– Ja miałam szesnaste urodziny w styczniu. – Thandi zagląda z góry do koi Liz. – Liz – mówi z lekko południowym akcentem, przez co jedna sylaba przeciąga się w dwie: Li-iz. – Mogę ci zadać osobiste pytanie?

– Jasne.

– Chodzi o to… – Thandi przerywa. – Hm, czyżbyś była skinheadem albo kimś takim?

– Skinheadem? Nie, oczywiście, że nie. – Liz unosi pytająco brew. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– No bo… Nie masz włosów. – Thandi wskazuje na głowę Liz, która jest kompletnie łysa, nie licząc delikatnego meszku w jasnym kolorze blond.

Liz dotyka ręką głowy, zaskoczona jej dziwaczną gładkością. Jedyne włosy, jakie czuje pod palcami, przypominają puch na nowo wyklutym kurzym pisklęciu. Wstaje z łóżka i spogląda na swoje odbicie w lustrze. Widzi szczupłą dziewczynkę w wieku około szesnastu lat, z bardzo bladą skórą i oczami koloru błękitu z domieszką zieleni. Dziewczynka rzeczywiście nie ma włosów.

– To dziwne – mówi Liz. Przecież w rzeczywistości ma długie, proste, blond włosy, które łatwo się plączą.

– Nie wiedziałaś o tym? – dziwi się Thandi.

Liz długo zastanawia się nad odpowiedzią. W głębokich zakamarkach pamięci widzi siebie, jak leży na łóżku stojącym na środku oślepiająco jasnego pokoju, a ojciec goli jej głowę. Nie. Liz przypomina sobie, że zrobił to ktoś inny. Wydawało jej się, że to jej ojciec, bo mężczyzna był w podobnym wieku. Wyraźnie pamięta, że płakała, a matka pocieszała ją:

– Nie martw się, Lizzie, włosy odrosną.

Nie, to też nieprawda. Płakała nie Liz, tylko jej matka. Przez chwilę Liz zastanawia się, czy to wydarzenie naprawdę miało miejsce. W końcu postanawia dłużej tego nie rozważać i pyta Thandi:

– Chcesz zobaczyć, jak wygląda reszta statku?

– Czemu nie? Skoro już nie śpię. – Thandi schodzi ze swojej koi.

– Ciekawe, czy znajdę tu gdzieś kapelusz – mówi Liz. Nie jest przekonana, czy chce być dziwaczną, łysą dziewczynką, nawet w tak nieprawdopodobnym śnie. Otwiera szafę i zagląda pod łóżko, ale wszędzie świeci pustką, podobnie jak w komodzie.

– Nie przejmuj się z powodu włosów – mówi łagodnie Thandi.

– Wcale się nie przejmuję, tylko nie chcę wyglądać jak dziwadło – wyjaśnia Liz.

– Hej, ja też mam coś dziwnego. – Thandi unosi włosy do góry, niczym kurtynę w teatrze. – Ta da! – mówi, odsłaniając niewielką, lecz głęboką, zaognioną ranę u podstawy czaszki.

Mimo że rana ma średnicę nie większą niż centymetr, Liz domyśla się, że musiała być wynikiem bardzo poważnego urazu.

– Boże, Thandi, mam nadzieję, że to nie boli.

– Na początku bolało jak diabli, ale już przestało. – Thandi opuszcza włosy. – Myślę nawet, że zaczyna się goić.

– Jak to się stało?

– Nie pamiętam – mówi Thandi, pocierając czubek głowy, jakby chciała pobudzić swoją pamięć. – To równie dobrze mogło się zdarzyć wiele lat temu, jak i wczoraj. Wiesz, co mam na myśli?

Liz tylko kiwa głową. Choć jej zdaniem w słowach Thandi trudno dopatrzyć się sensu, wie, że nie warto spierać się z ludźmi niespełna rozumu, zwłaszcza spotkanymi we śnie.

– Powinnyśmy już iść – mówi Liz.

Kierując się do drzwi, Thandi rzuca przelotne spojrzenie w stronę lustra.

– Czy to, że obie jesteśmy ubrane w piżamy, ma jakieś znaczenie? Jak myślisz? – pyta.

Liz spogląda na białą koszulę nocną Thandi. Sama ma na sobie piżamę w męskim stylu.

– Dlaczego miałoby mieć? – pyta Liz, myśląc, że bycie łysym jest i tak o wiele gorsze niż brak normalnego ubrania. – A zresztą, w co masz być ubrana, skoro śpisz, Thandi?

Liz kładzie dłoń na klamce. Ktoś powiedział jej kiedyś, żeby nigdy, za żadne skarby, nie otwierała we śnie drzwi. Ponieważ nie pamięta teraz, kto jej to mówił i dlaczego wszystkie drzwi mają pozostać zamknięte, Liz postanawia zignorować tę radę. [...]

Wywiad z dnia 20 września 2005 poświęcony książce Gdzie Indziej


W swojej nowej, niezwykle pomysłowej i inteligentnej powieści Gdzie Indziej Gabrielle Zevin opisuje zaświaty jako miejsce, w którym ludzie zamiast się starzeć, młodnieją, aż znowu stają się niemowlakami, a później są odsyłani na Ziemię, by ponownie się narodzić. Zaprzyjaźniona z Teenreads.com pisarka Carolyn Juris rozmawiała z Zevin o inspiracjach stojących za tą książką i jej znaczeniu, a także o powodach, dla których zdecydowała się pisać dla nastoletnich odbiorców. W wywiadzie Zevin dzieli się swoimi refleksjami na temat życia po śmierci, psiej mądrości, a także wspomina o wymarzonej obsadzie aktorskiej, gdyby jej książka została kiedyś zekranizowana.


Teenreads.com: W Gdzie Indziej tworzysz barwny obraz życia po śmierci. Czy sama wierzysz w jego istnienie, a jeśli tak, czy przypomina ono krainę z książki?


Gabrielle Zevin: Cóż, pewnie mogłabym się nad tym długo rozwodzić, ale jeśli chodzi o czas i przestrzeń, odpowiem krótko. Chociaż mam nadzieję, że coś się z nami dzieje po śmierci, jedynym życiem, o którym wiem na pewno, że istnieje, jest to tutaj, na Ziemi. Nie muszę dodawać, że skoro nigdy nie byłam w zaświatach, tak naprawdę nie mam pojęcia, jak mogłyby one wyglądać. Z pewnością byłaby to niesamowita niespodzianka, gdyby przypominały Gdzie Indziej. Zresztą dla mnie Gdzie Indziej nigdy nie było poświęcone życiu po śmierci – stanowiło ono wyłącznie pretekst do omówienia najważniejszych spraw w tym życiu.


TRC: Twoja główna bohaterka Liz umiera tuż przed swoimi szesnastymi urodzinami. Kiedy przybywa do Gdzie Indziej i dowiaduje się, że będzie młodnieć, dopóki nie narodzi się na nowo, jej pierwszym zmartwieniem jest to, że nigdy nie skończy szesnastu lat i nie dostanie prawa jazdy. Co jeszcze kojarzy Ci się z szesnastymi urodzinami i dlaczego wybrałaś dla swojej bohaterki akurat taki wiek, a nie równie przełomowe 13 lub 18 lat?


GZ: Kiedy pisałam Gdzie Indziej, zbliżały się moje dwudzieste szóste urodziny, więc wydaje mi się, że odwoływałam się trochę do własnego życia sprzed dziesięciu lat. Poza tym uważam, że przełom piętnastego i szesnastego roku życia to bardzo ciekawy czas – biologicznie (a czasami także emocjonalnie) jesteśmy już dorośli, a jednak w większości przypadków nadal mieszkamy z rodzicami i jesteśmy traktowani jak dzieci. Pamiętam, że jako szesnastolatka byłam strasznie niecierpliwa – nie mogłam się już doczekać, by wyprowadzić się z domu, poznać nowych ludzi i spróbować wszystkiego. Po prostu stać się dorosłą. Pod tym względem bardzo przypominam Liz, oczywiście wykluczając element śmierci! W wieku osiemnastu lat z punktu widzenia prawa jesteśmy dorośli i większość z nas nie mieszka już z rodzicami, a jako trzynastolatki zbyt dużo czasu spędzamy w domu. Chciałam, żeby Liz dopiero znajdowała się u bram dorosłości. Wiedziałam, że odwrotne starzenie się będzie najbardziej odczuwalne dla bohaterki, która tak naprawdę nigdy nie osiągnęła dorosłości, ale ma dostatecznie dużo lat, by dokładnie wiedzieć, co ją ominęło.


TRC: Liz z Gdzie Indziej mocno przywiązuje się do Owena, który zmarł dziesięć lat wcześniej. Chociaż w wyniku procesu odwrotnego starzenia się Owen wydaje się raptem kilka lat starszy od Liz, w rzeczywistości dzieli ich doświadczenie przeszło 20 lat życia (także tego po śmierci). Czy sądzisz, że wiek metrykalny odgrywa w związkach mniejszą rolę niż wiek emocjonalny?


GZ: Uważam, że oba te czynniki są ważne. Ale kiedy człowiek jest już naprawdę dorosły, wiek emocjonalny odgrywa pewnie większą rolę dla sukcesu związku. Wierzę, że zewsząd otacza nas miłość, tyle że nie zawsze pojawia się ona we właściwym czasie i wtedy, gdy jest nam to na rękę. Moim zdaniem Liz i Owena bardziej niż podobny wiek zbliżyło przebywanie w tym samym miejscu.


TRC: Kiedy mieszkańcy Gdzie Indziej mówią o odwrotnym starzeniu się i procesie ponownych narodzin, ich język naśladuje sposób, w jaki my rozmawiamy o życiu i śmierci. Na przykład kiedy Liz uwalnia swojego psa Sadie, mówi: „(...) od jakiegoś czasu Sadie nie była sobą i wiedziałam, że wcześniej czy później to musi nastąpić”. Czy był to Twój celowy zabieg, czy naturalny rezultat pomysłu na Gdzie Indziej?


GZ: Odpowiedź ponownie brzmi: i jedno, i drugie. Był to celowy zabieg i jednocześnie naturalny rezultat mojego pomysłu na Gdzie Indziej. Kiedy Liz przybywa do Gdzie Indziej, tak naprawdę nie jest już martwa. Żyje, ale wszyscy z jej „dawnego” życia odeszli. A zatem język Gdzie Indziej musiał naśladować język naszego świata. Zawsze chciałam, by Gdzie Indziej było jak najbardziej podobne do Ziemi. Tylko w ten sposób historia mogła emocjonalnie przemawiać do czytelników, którzy nigdy nie byli Gdzie Indziej, innymi słowy, do wszystkich! Właśnie dlatego większość rzeczy, które znajdują się Gdzie Indziej, można też znaleźć na Ziemi.


TRC: Sadie jest jednym z kilku psów odgrywających ważną rolę w Gdzie Indziej, a wielu mieszkańców tego miejsca posługuje się psim językiem. Na końcu książki dziękujesz swojemu mopsowi, Mrs. DeWinter, „która każdego dnia usiłuje Cię nauczyć języka psów”. Czego twoim zdaniem moglibyśmy się nauczyć od psów, gdybyśmy rozumieli ich język?


GZ: Psy potrafią być o wiele szczęśliwsze niż ludzie, i to nie dlatego, że są od nas mniej skomplikowane. Uważam, że chociaż nie posługują się słowami, są bardziej ekspresywne od nas. Łatwiej jest im okazywać miłość czy przebaczać, za to trudniej być dwulicowym. Z drugiej strony, mój pies nie jest w stanie zrozumieć najprostszych zasad tańca – prawdę mówiąc, uważa go za coś mocno podejrzanego.


TRC: W drodze do Gdzie Indziej Liz spotyka Curtisa Jesta, wokalistę swojej ulubionej kapeli. Po dotarciu na miejsce spotyka babcię, która zmarła przed jej narodzinami. Kogo ty chciałabyś zobaczyć w zaświatach, zakładając, że znaleźlibyście się tam równocześnie?


GZ: Dziadek ze strony mojego taty zmarł na raka płuc, zanim przyszłam na świat, więc bardzo chciałabym się z nim spotkać. Chciałabym też odnaleźć swojego psa, który najprawdopodobniej odejdzie przede mną.


TRC: Mieszkańcy Gdzie Indziej pracują, ale zwykle wykonują zawody z zupełnie innych dziedzin niż te za życia (John Lennon został ogrodnikiem, a Marilyn Monroe terapeutką). Czy gdybyś miała jutro trafić Gdzie Indziej, w dalszym ciągu chciałabyś pisać, czy może interesowałby Cię inny rodzaj kariery?


GZ: Myślę, że wspaniale byłoby zostać kucharzem, bibliotekarką, nauczycielką, weterynarzem, licytatorem lub architektem, ale gdybym jutro umarła, pewnie pozostałabym pisarką. Jedną z największych zalet pisarstwa jest to, że mogę pośrednio doświadczać wielu różnych profesji. Z drugiej strony nie mogę stwierdzić z całą pewnością, że do końca życia będę zawodową pisarką – nigdy nie wiemy, co nas spotka, dzięki czemu mamy szansę spróbować w życiu wielu różnych rzeczy.


TRC: Twoja poprzednia powieść Margarettown jest przeznaczona dla dorosłych czytelników. Czy pisząc Gdzie Indziej, od razu wiedziałaś, że będzie to książka dla młodzieży, czy po prostu tak wyszło?


GZ: Nie byłam pewna, kto stanie się odbiorcą tej książki, przynajmniej nie od razu. Chciałam tylko napisać powieść, która zaciekawi mnie, mojego chłopaka i może jeszcze moich rodziców. Nie myślałam o niej jako o powieści młodzieżowej, chociaż zauważyłam, że wiele spośród najciekawszych książek poruszających temat żałoby i śmierci należy do tego gatunku – mam tu na myśli moją ulubioną Pajęczynę Charlotty, Most do Terabithii czy nawet Harry’ego Pottera. Jednak patrząc wstecz, wydaje mi się, że od samego początku coś mnie ciągnęło w stronę nastoletnich odbiorców. Nawiasem mówiąc, najpierw napisałam Gdzie Indziej, ale to Margarettown opublikowano jako pierwsze, co samo w sobie wydało mi się dziwne i trochę na opak.


TRC: Film, do którego napisałaś scenariusz, Conversations With Other Women (Rozmowy z innymi kobietami), miał niedawno swoją premierę podczas Festiwalu Filmów Telluride. Czy wyobrażasz sobie Gdzie Indziej przeniesione na ekran, a jeśli tak, których aktorów widziałabyś w rolach głównych bohaterów?


GZ: O tak, wyobrażam sobie! Podejrzewam jednak, że w roli Liz prawdopodobnie zostałaby obsadzona jakaś cudowna, nikomu nieznana aktorka (lub też kilka coraz młodszych nikomu nieznanych aktorek). Helena Bonham Carter (z filmów Fight Club oraz Big Fish) zagrała w filmie nakręconym według mojego scenariusza Conversations With Other Women i bardzo chciałabym ją zobaczyć w roli żony Owena, Emily. Zawsze też wyobrażałam sobie Rhysa Myersa albo może Colina Farrella jako Curtisa Jesta, chociaż, szczerze mówiąc, nie warto zbytnio wiązać konkretnego aktora z żadną postacią. Jak też wcześniej wspominałam, jestem właścicielką mopsa, który wprost idealnie nadawałby się do roli Lucy.


TRC: Nad czym teraz pracujesz? Masz w planach kolejną powieść, scenariusz, a może coś zupełnie innego?


GZ: Wkrótce powinny się rozpocząć zdjęcia do filmu opartego o jeden z moich scenariuszy − Vamp, historii miłosnej nastoletniej wampirzycy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Poza tym piszę kolejną książkę czy dwie. Planuję też zrobić serię śniegowych kul dla rodziny i przyjaciół. I chodzić na długie spacery z moim psem. Poza tym chciałabym wymyślić jakiś mądry i użyteczny sposób, by pomóc mieszkańcom Louisiany, ale nie wiem jeszcze, co to dokładnie będzie.


Źródło: www.teenreads.com

Niewidzialny Pierścień
Bestsellery
  • Fałszywy pocałunek MARY E. PEARSON
  • Cela JONAS WINNER
  • Naznaczona ANNE BISHOP