Polecamy
Fałszywy pocałunek
Newsletter
W białej ciszy Inge Löhnig W białej ciszy Seria kryminalna Premiera: 16/10/2012
ISBN: 978-83-62577-18-7 Tłumaczenie: Agnieszka Hofmann Oprawa: Miękka Ilość stron: 368 Format: 15 x 21 cm Rok wydania: 2012

PSYCHOLOGICZNE NAPIĘCIE, MISTRZOWSKA NARRACJA: NOWA SPRAWA DÜHNFORTA


Wietrzny październikowy wieczór: w domku letniskowym nad Starnberger See zostają znalezione zwłoki emerytowanego pediatry. Lekarz, przywiązany do grzejnika, w powolnych męczarniach umiera z pragnienia, a jego bestialska śmierć rodzi pytania o motyw. Pierwszy trop wskazuje na morderstwo na tle rabunkowym. Jednak kiedy komisarz Dühnfort krok po kroku zaczyna odkrywać mroczny charakter zamordowanego, odsłania dramat, po dziś dzień prześladujący dorosłe dzieci ofiary.

PROLOG



Pod drewnianymi schodami prowadzącymi do piwnicy znajdowała się komórka, w której niegdyś składowano węgiel. Czarny pył na dobre zagnieździł się w wielu szparach i zakamarkach, ale leżący w niemal całkowitej ciemności na stercie starych koców i zasłon chłopiec nie mógł tego widzieć. Wyczuwał tylko oleisty zapach.

Miał wrażenie, że został wyrwany ze swojego świata – jak jeden z bohaterów legend, które tak chętnie czytywał. Nawet kiedy ich misje na początku wydawały się niewykonalne, zawsze powracali z nich zwycięsko. Nieustraszeni, odważni i silni, niezmiennie osiągali swoje cele. Chłopiec nie był jednak bohaterem i nie potrafił znaleźć wyjścia, nawet jeśli bardzo się starał.

Przez zleżały materiał przenikał chłód podłogi; zasłona, którą razem z kocami wyjął z kufra na stare ubrania i narzucił sobie na plecy, nie dawała ciepła. Chłopiec marzł i czuł narastający głód. Ale najgorsze było pragnienie. Klucz do pralni, w której znajdował się dostęp do wody, wisiał poza jego zasięgiem, w korytarzu na górze.

Raz jeszcze sięgnął po pustą szklankę w nadziei, że zebrało się w niej choć kilka kropli wilgoci z zatęchłego powietrza. Przejechał wysuszonym językiem po gładkiej powierzchni. Była zimna, nic poza tym. Opuścił rękę i szklanka potoczyła się po podłodze. Tępy ból w czaszce wzmagał się z minuty na minutę. Chłopiec odchylił głowę do tyłu i stłumił szloch.

Z jakiegoś prześwitu na górze docierał słaby blask, rozpraszający nieco panujący w komórce mrok. Wysoko, tuż pod sklepieniem, znajdowało się zakratowane okienko, nieotwierane od lat. Szybę pokrywała warstwa brudu i pajęczyn. Po mętnym poblasku przenikającym do piwnicy chłopiec odgadywał, czy jest dzień, czy noc, ale nie był w stanie stwierdzić, czy dzień jest słoneczny, czy deszczowy. Czasem wyobrażał sobie, że pada letni deszcz, zaczynający się od pojedynczych ciepłych kropli, parujących zaraz po zetknięciu z rozgrzanym od słońca brukiem. Znikały bez śladu, jakby nigdy nie istniały. Po nich puszczała się gęsta ulewa, zostawiająca ciemne plamy na chodnikowych płytach z piaskowca i wypełniająca nieduże zagłębienia kałużami, w których kolejne krople rozbryzgiwały się wesoło. Potem zrywał się ciepły wiatr – gnał przed siebie zasłony deszczu, nasączał kiście kwiatów, doginając je do ziemi, wpadał w kępy krzewów i drzew i szarpał nimi jak ojciec, który mierzwi włosy syna w geście odrobinę szorstkim, ale odzwierciedlającym miłość i szacunek.

Mimowolnie zaczął nucić adagio z Lata Vivaldiego. Muzyka, budzona snutymi w wyobraźni obrazami. Muzyka, którą kochał prawie ponad wszystko. Prawie. Dlaczego tak ciężko było wybrać?

Poczuł, że cierpną mu podkulone nogi. Podniósł się powoli, wyprostował je i odczekał, aż krew boleśnie rozleje się po żyłach, kłując tysiącami igieł. Zakręciło mu się w głowie, na skórę wystąpił zimny pot, przed oczami zatańczyły kolorowe światełka, a potem nagle wszystko pociemniało.

Kiedy doszedł do siebie, ból łomotał mu w głowie, jakby coś chciało przedrzeć się przez kości do wnętrza czaszki. Język stał mu w ustach jak drewniany kołek; wargi miał spierzchnięte i popękane. Myśl o szklance wody wywołała tak przenikliwy ból, że aż jęknął. Ostatkiem sił podczołgał się z powrotem na stertę koców. Musiał wreszcie podjąć jakąś decyzję, dopiero wtedy wolno mu będzie wrócić na górę. Ale jego myśli kręciły się w kółko. Wiedział, czego od niego oczekiwano, ale chciał jednego i drugiego. Mimo to wciąż szukał wyjścia. Nie miał już siły myśleć. Wszystko przyćmiło desperackie pragnienie zdobycia choć odrobiny wody.

Powoli dźwignął się do góry, ale nogi drżały mu z wysiłku. Zataczając się, ruszył w kierunku schodów, kuśtykał sztywno i niezdarnie, podciągając się stopień po stopniu po poręczy. Gdy pchnął drzwi na korytarz, oślepiło go jaskrawe światło. Jego wzrok padł na kran w pralni po drugiej stronie. Serce zatłukło mu się w piersi, gdy zobaczył zbliżającą się postać. Matka. Chciała go objąć. Odepchnął ją. Pić. Przeszedł jeszcze dwa kroki, a potem zemdlał.



PONIEDZIAŁEK, 13 PAŹDZIERNIKA



Światło ulicznych latarni wdzierało się przez kremowe zasłony, wypełniając sypialnię półcieniem. Babs zerknęła na budzik – była prawie szósta. Poniedziałkowy poranek. Mogłaby pospać jeszcze z pół godziny, ale Albert od dłuższego czasu przewracał się z boku na bok. Przez chwilę chciała wstać, w spokoju napić się herbaty i poczytać gazetę, korzystając z tego, że wokół panuje jeszcze błogi spokój. Ale tego dnia była podenerwowana. O jedenastej miała pierwszą w życiu rozmowę o pracę. A żyła już trzydzieści pięć lat. Caroline powtarzała, że w jej przypadku liczy się niepodważalny talent do projektowania wnętrz i nikt nie będzie żądał od niej dyplomu, ale mogła sobie gadać do woli. Babs przerwała studia tuż przed magisterką i nie mogła się pochwalić żadnym doświadczeniem zawodowym – nie licząc sporadycznych okazji, kiedy pomagała znajomym w rozwiązaniu większych lub mniejszych problemów wnętrzarskich. Tak było właśnie w przypadku Caroline, siostry Alberta, która jako menadżerka zarabiała wprawdzie dosyć, by otoczyć się drogimi meblami, ale brakowało jej czasu i wyczucia stylu. Nowe wnętrze wprawiło ją w taki zachwyt, że uruchomiła koneksje i znalazła dla Babs posadę. Znajoma redaktorka tygodnika „Wnętrze & Design” poszukiwała architekta wnętrz do rubryki Jeden problem – trzy rozwiązania. „To robota wręcz stworzona dla ciebie”, podsumowała Caroline. „Nie dostaniesz wprawdzie etatu, tylko umowę o dzieło, ale za to będziesz mogła pracować w domu. Poza tym to zajęcie nie będzie cię absorbowało przez czterdzieści godzin w tygodniu, tylko najwyżej dwadzieścia. Kokosów nie zarobisz, ale to dopiero początek. Kto wie, jak potoczą się sprawy?”.

Dzięki pośrednictwu szwagierki Babs miała niepowtarzalną szansę wyrwania się z domowego kieratu i wkroczenia w nieznany świat. Zastanawiała się z przejęciem, jak będzie wyglądała ta rozmowa.

Albert rzucał się w łóżku i mamrotał przez sen, jakby powtarzał „skarbie”. Skarbie? Przecież do niej zawsze zwracał się „myszko”. Babs od dłuższego czasu dręczyła myśl, z którą nie do końca chciała się zmierzyć: obawiała się, że Albert w kolejnej kwestii upodobni się do swojego ojca, który był dla niego wzorcem we wszystkich życiowych sytuacjach. Niestety ojciec Alberta przez czterdzieści lat małżeńskiego pożycia nieustannie zdradzał swoją żonę Elli. Pewnie coś mu się śniło, pomyślała, po raz kolejny odrzucając podejrzenia.

W pościeli było jej przytulnie ciepło i znowu ogarnęła ją senność. Już prawie odpłynęła, gdy Albert znowu przekręcił się na drugi bok. Coś go niepokoiło – zwykle miał głęboki, spokojny sen. Czyżby jeszcze zadręczał się z powodu ich rocznicy ślubu? Minął już ponad tydzień. Babs nie należała do kobiet, którym zależało na szczególnym czczeniu tego dnia, nie oczekiwała podarunków i kwiatów. W gruncie rzeczy jubileusze tego rodzaju nigdy nie miały dla niej dużego znaczenia. A jednak ten dzień był wyjątkowy. Czasem kiełkowało w niej pragnienie, żeby Albert okazał, że nadal ją kocha, że zależy mu na niej i na dzieciach – i wtedy okazywało się, że jednak takie dni mają dla niej znaczenie. Ale jeśli jej małżeństwo naprawdę miało się rozpaść, to tym bardziej nie uratuje go fetowana z pompą rocznica ślubu.

Czyżby to był zły omen, że akurat trzynasta rocznica skończyła się katastrofą? Babs westchnęła. Nie była przesądna, a poza tym „katastrofa” to zbyt duże słowo. Ten dzień był najwyżej sporym rozczarowaniem.


Albert ucieszył się, kiedy w zeszły poniedziałek przy śniadaniu zaproponowała, że na wieczór zarezerwuje stolik w „La Bretagne”. Załatwiła rezerwację w ciągu dnia i zadzwoniła do przychodni, by zostawić mu wiadomość. Chłopcy mieli przenocować u kolegów, a ona sama cieszyła się na myśl o wieczorze z szampanem, wykwintnym menu i lekkim winem, na ciepłą rozmowę i namiętne spojrzenia, mające rozniecić to, co – jak podejrzewała – ledwie się w jej mężu tliło, o ile do reszty nie wygasło. Kupiła nową bieliznę, nie jakąś wyuzdaną, czarną czy czerwoną, z duperelami typu podwiązki i niestosowne rozcięcia – na litość boską, czego to ludzie nie wymyślą! – ale skromną, z niewielką ilością koronki i w kremowym odcieniu, który doskonale komponował się z jej śniadą skórą. Była komfortowa, a jednocześnie Babs czuła się w niej jak kobieta godna pożądania.

O wpół do siódmej zadzwonił Albert. Ojciec miał jakiś problem z zatkanym syfonem w kuchni letniego domku.

– Podskoczę i naprawię mu ten odpływ – zakomunikował.

Na daczę jechało się dobre trzy kwadranse. Albert w życiu nie zdąży wrócić na ósmą.

– To w Münsing nie ma hydraulika? – zapytała.

– Poprosił mnie o to i nie chcę mu odmawiać po tym wszystkim, co dla nas zrobił. Nie martw się, wrócę na czas.

Powstrzymała się od pytania, czy naprawa nie może poczekać do jutra. Wiedziała, że nic nie jest w stanie odwieść Alberta od powziętego zamiaru. Jak zawsze zresztą, nie tylko gdy chodziło o jego ojca. Babs starała się nie okazywać irytacji.

„Po tym wszystkim, co dla nas zrobił”! A co takiego zrobił? W końcu to na jego życzenie Albert przejął gabinet. Przychodnia pediatryczna – dzieło życia doktora Heckerotha – miała godnego kontynuatora, na czym teściowi ogromnie zależało.

Albert zadzwonił tuż przed ósmą. Zakończył naprawę i zaraz ruszał w drogę, ale przedtem chciał jeszcze przekąsić coś wspólnie z ojcem.

– Przekąsić coś... – powtórzyła jak echo.

– Przepraszam, ale umieram z głodu – rzucił. – Przecież i tak nie zależy ci na tej rocznicy. Pójdziemy na kolację innym razem.

Babs odwołała rezerwację i zamówiła kuriera, który przywiózł z „La Bretagne” butelkę szampana i talerz przystawek – z pasztetem z łososia, creme du canard, bagietką oraz dwoma porcjami crème brûlée. Może Albert skusi się chociaż na deser.

Kiedy wreszcie się pojawił, butelka była opróżniona w połowie, a obie porcje deseru pochłonięte. Typowe zajadanie kłopotów, ale przy swojej figurze Babs mogła sobie na to pozwolić. Rozczarowanie nieczułym zachowaniem męża ulotniło się, pozostawiając po sobie tylko poczucie rezygnacji. Nie robiła mu wyrzutów, że po raz kolejny postawił ojca ponad wszystko inne.

Początkowo zazdrościła mu dobrych stosunków z ojcem. Z własnym od lat była na wojennej ścieżce, ponieważ nie pochwalał żadnej z jej życiowych decyzji i nieustannie miał jej coś do zarzucenia. Kiedy jednak zorientowała się, jak ogromną część życia Alberta zaanektował jej teść, podczas gdy ona, ze swoją miłością, zmuszona była usunąć się w cień, podziw ustąpił miejsca żenującej zawiści.

Albert wszedł do salonu i cmoknął ją przelotnie w policzek. Z wyraźnym zaskoczeniem spojrzał na dwa kieliszki do szampana, nalał sobie do pełna i stuknął o kieliszek Babs.

– Wróciłeś – powiedziała z przekąsem.

– Proszę cię, tylko nie rób teraz scen. – Opadł na fotel i zaczął rozmasowywać ręką bark. – Mam za sobą ciężki dzień i zero ochoty na emocjonalne przepychanki. – Dwoma łykami opróżnił kieliszek, podczas gdy ona usiłowała stłumić wściekłość, buzującą w niej jak pierwotny żywioł. – Przepraszam, kochanie. Nie to chciałem powiedzieć – dodał po chwili, obejmując ją. – W takim razie nie mów, pomyślała, wbrew sobie opierając głowę na jego ramieniu. – Nie wiem, co się ze mną dzisiaj dzieje. Nie chciałem cię zranić. Wybaczysz mi?

Oczywiście, że mu wybaczyła, ale po chwili odtrącił jej nieśmiałe czułości, wymawiając się zmęczeniem. Poczuła się urażona i po raz kolejny zadała sobie pytanie, czy mąż kiedykolwiek ją kochał, czy też ożenił się z nią ze względu na dzieci, naciskany przez swojego ojca. Ojca, którego tak bezkrytycznie podziwiał. I w którego ślady pójdzie pewnego dnia, zabawiając się z inną.

Dziesięć po szóstej. Na dworze zawył silnik, jakiś samochód odjechał z piskiem opon. Z westchnieniem wbiła wzrok w sufit. Albert sapnął i przewrócił się na lewy bok, znowu mamrocząc pod nosem. Po zmianie oddechu zorientowała się, że już nie śpi. Powoli odwróciła się od niego plecami.

Czy to nie szaleństwo, przez tyle lat kochać kogoś i podejrzewać go, że nie odwzajemnia tego uczucia? A przecież na początku niewiele brakowało, a by go przeoczyła. To Susi, jeszcze na studiach, wprowadziła Alberta do ich paczki, a Babs dopiero po jakimś czasie zdała sobie sprawę, jak bardzo podoba jej się ten spokojny i rozsądny facet. Nie miał nic z pozera, nie należał do tych, którzy nieustannie chcieli stać w centrum zainteresowania i mieli coś do powiedzenia na każdy temat. Albert był skrytym chłopakiem, emanującym dokładnie tym rodzajem melancholii, który ją pociągał. Kiedyś na festynie nad Izarą zaskoczył ich deszcz, a on po rycersku odstąpił Babs swoją kurtkę i poszukał schronienia pod starym kasztanowcem. Ulewa przemoczyła ich do suchej nitki, a ich wzajemne oczarowanie spadło na nich tak samo niespodziewanie jak letni deszcz.

Albert znów się poruszył. Chwilę potem poczuła ciepło jego ciała na plecach, jego oddech na karku i rękę na biodrze. Zanurzył głowę w zagłębieniu jej szyi i trwał tak przez chwilę, a potem zaczął ją całować. Jej tętno wzmogło się, oddech przyspieszył, ciało zalała fala dawno przygaszonego pożądania. Chciała odwrócić się do niego, ale Albert naciskał na jej biodro coraz natarczywiej. Drugą rękę wsunął pod jej bok i podciągnął do góry t-shirt. Dłoń, która zacisnęła się na jej piersi, była chłodna. Babs chciała się odwrócić, by patrzeć mężowi w oczy, czuć jego usta na swoich, ale jego uchwyt był zbyt silny. Naparł na nią ciałem i czuła, jak rośnie jego podniecenie. Rósł też jej własny opór.

Zdecydowanym ruchem przekręcił ją na brzuch, ściągnął jej majtki i wdarł się między jej nogi.

– Albert, proszę…

Zanurzył lewą rękę w jej włosach i odgiął głowę do tyłu, zaś prawą przesunął po piersi i brzuchu aż do łona. To niezwykłe tempo i obcesowość zbiły ją z tropu. Nie chciała tego, nie w taki sposób. Nie spali ze sobą od wielu miesięcy. Tęskniła za tym i teraz nie mogła go tak po prostu odprawić. Odchylił jej biodra, wszedł w nią i zapamiętał się w coraz szybszym rytmie. W tej pozycji nie była w stanie się ruszyć, nie mogła nawet podjąć próby zsynchronizowania się z nim.

Kiedy skończył, przyszło jej do głowy, że ten akt nie miał z nią nic wspólnego. Nie znała tej brutalnej strony swojego męża, dotychczas zawsze był delikatny i wyrozumiały. Spojrzała na niego, gdy z niej zszedł. Leżał na plecach z zamkniętymi oczami. Jego twarz miała obcy wyraz, pojawił się na niej jakiś nowy grymas, którego nie potrafiła nazwać. Pochyliła się nad nim. Otworzył oczy.

– Strasznie mi było tego trzeba. Takiego porządnego rżnięcia – wypalił. Babs drgnęła, jakby ją uderzył. A on przyciągnął ją do siebie ze śmiechem i drapiąc zarostem, wycisnął na jej ustach mocny pocałunek. – Myszko, to był żart. Szkoda, że nie widziałaś właśnie swojej miny.

– Co w tym śmiesznego?

– No wiesz, spojrzałaś na mnie jak cnotliwa nowicjuszka robiąca brzydkie rzeczy. Z mieszaniną szoku i lubieżnej ochoty na więcej.

Naprawdę tak słabo ją znał? Poważnie sądził, że jej się to podobało? Zadzwonił budzik i Babs przetoczyła się na bok, by go wyłączyć. Przynajmniej po miesiącach braku zainteresowania Albert przypomniał sobie, że ma żonę. Może to dobry początek. Ale nie zamierzała powierzyć dalszego ciągu wyłącznie jemu.

– Następna randka z nowicjuszką będzie musiała zaczekać – oznajmiła i poszła do łazienki.

Gdy wzięła prysznic, obudziła chłopaków i nakryła do stołu w kuchni. Lubiła ich mieszkanie w starym budownictwie, położone w samym sercu monachijskiej dzielnicy Schwabing, które zajmowali od ślubu. Przestronne pomieszczenia, wysokie, ozdobione sztukaterią stropy, skrzypiący parkiet i białe szczeblinowe okna były dla niej synonimem wysokiego standardu życia i wolała je po stokroć od prostych budynków ze szkła, stali i betonu. Wyjrzała przez okno na Kaiserstrasse. Minęła siódma i zaczynało świtać. Pojedyncze gwiazdy połyskiwały jeszcze blado na jaśniejącym, bezchmurnym niebie. Zapowiadał się piękny jesienny dzień.

Bliźniaki Noel i Leon wpadli do kuchni i z impetem zasiedli na swoich miejscach.

– Dzień dobry, mamo – wyrecytowali chórem. Byli identycznie ubrani: w dżinsy i szare bluzy z kapturami. To był niecodzienny widok – odkąd wkroczyli w okres dojrzewania, coraz bardziej się od siebie odcinali. Między innymi dlatego Babs była przekonana, że decyzja o zapisaniu ich do dwóch równoległych klas była właściwa. W ten sposób nie tylko nauczyciele mogli łatwiej ich rozróżnić, ale i oni sami mieli możliwość samodzielnego wykazania się, bo stopniowo, krok po kroku, zaczynały krystalizować się różnice w ich uzdolnieniach. Podczas gdy Noel miał dryg do przedmiotów ścisłych, zdolności Leona szły w kierunku muzyki i języków. Od kilku lat z powodzeniem brał lekcje gry na flecie poprzecznym i często grał na szkolnych apelach. Na letnim festynie szkoły muzycznej był gwiazdą wieczoru. Koncert d-dur na flet Vivaldiego w jego wykonaniu wprawił wszystkich w zachwyt. Wszystkich z wyjątkiem Alberta. Babs niechętnie wspominała tamten dzień.

Zmierzwiła Leonowi włosy i przysiadła się do stołu. Podczas gdy ona popijała herbatę, Noel nieustannie posyłał Leonowi porozumiewawcze spojrzenia, na co Leon szczerzył się, jakby planowali jakiś numer. Babs zastanawiała się, co takiego knuli, i nagle przypomniało jej się, że Noel ma dziś klasówkę z łaciny. Miała nadzieję, że poprzedniego dnia douczył się jeszcze słówek. Pierwszy niezapowiedziany sprawdzian w tym roku zawalił. Oczywiście „zawalił” w oczach Alberta, dla którego czwórka była słabą oceną. Zagroził więc synowi, że jeśli nie poprawi stopnia, będzie musiał zrezygnować z treningów siatkówki.

– Uczyłeś się wczoraj łaciny? – spytała, prześwietlając syna czujnym wzrokiem. – Noel skinął głową i wytrzymał jej spojrzenie, ale w kącikach ust błąkał mu się uśmiech. Leon za to bez skrępowania szczerzył się od ucha do ucha. – Leon cię odpytywał?

Leon nie miał najmniejszych problemów z łaciną – był najlepszy w klasie. Noel znowu przytaknął i pospiesznie wsunął do ust łychę płatków. Coś tu śmierdziało. Babs wnikliwie mierzyła synów wzrokiem.

Noel zakrztusił się i wypluł płatki z powrotem do miseczki.

– Praszam, mamo – powiedział szybko, wycierając usta serwetką.

Leon szuflował swoje płatki w skupieniu, nie podnosząc wzroku. Nagle do Babs dotarło, co planowali. Noel namiętnie grał w siatkówkę, niemal każdy weekend spędzał z drużyną na turniejach. Albert zaś był surowym ojcem i bardzo poważnie traktował swoją groźbę. Samą pilnością Noel nie miał szans poprawić ocen, po prostu brakowało mu smykałki do języków. W przeciwieństwie do Leona... Czyżby fakt, że tego dnia ubrali się identycznie, miał jakieś głębsze znaczenie? Zamierzali zamienić się dziś klasami?

Jako dobra matka nie mogła przymykać oka na coś takiego. Musiała jakoś odwieść synów od ich planu. Ale ta cząstka niej, która na zawsze pozostała dzieckiem, ukradkiem pokładała się ze śmiechu. Może powinna interweniować tylko w przypadku, gdyby wiedziała o ich zamiarze? Musi ich najpierw wysondować.

Chłopcy, jakby domyślając się podejrzeń matki, błyskawicznie skończyli jeść i wypadli z kuchni.

– Musimy jeszcze spakować rzeczy – rzucił na odchodne Leon.

Wpadli po drugie śniadanie i pożegnali się dokładnie w tym momencie, w którym do kuchni wszedł Albert. Zdążył jeszcze zmierzwić im włosy i życzyć Noelowi powodzenia na klasówce, po czym za bliźniakami zatrzasnęły się drzwi.

Babs jak co rano podeszła do okna i odprowadziła synów wzrokiem, dopóki nie zniknęli za węgłem. Albert stanął za nią i położył jej ręce na biodrach. Przez jej głowę przemknęły słowa o potrzebie „porządnego” rżnięcia. Już samo to określenie gryzło się z jego słownictwem i było zupełnie nie w jego stylu. Do tego ta żałosna próba obrócenia wszystkiego w żart, kiedy spostrzegł jej konsternację. Może po prostu musiał odreagować seksualnie? Czy naprawdę chodziło mu tylko o to? Nie o bliskość, miłość, zażyłość?

– Jest już kawa? – zapytał, siadając przy stole.

Babs otrząsnęła się z zamyślenia. Nalała Albertowi kawy i podsunęła koszyk z rozmrożonymi bułkami. Mimo że przez całe życie była tylko zwykłą kurą domową, nie miała ambicji, żeby uczynić z tego swoją profesję. Nie zamierzała latać co rano po świeże pieczywo. Przy odrobinie szczęścia ten dzień będzie przełomem i zwykła „kura domowa” przemieni się w „kobietę dźwigającą podwójne brzemię”.

Pół godziny później wyszli razem do przychodni. Gabinet mieścił się tuż za rogiem w czteropiętrowej kamienicy przy Kurfürstenplatz, będącej własnością ojca Alberta. Nadzieja na piękny jesienny dzień zdawała się spełniać. Po błękitnym niebie tu i ówdzie płynęły pojedyncze chmurki, ale wiatr był zimny jak na tę porę roku. Babs ciaśniej owinęła się płaszczem.

Kiedy weszli do przychodni, Margret Hecht, recepcjonistka, siedziała za kontuarem i wyjmowała karty pacjentów. Była chudą dwudziestopięciolatką o bladej cerze usianej piegami i skłonności do siania paniki w sytuacjach, gdy spokój był najbardziej na miejscu.

Babs zniknęła w biurze i zabrała się za pracę papierkową. Od czasu do czasu zajmowała się tym, rada, że może wyrwać się z domu. Dziś jednak chciała przede wszystkim odwrócić swoją uwagę od rozmowy o pracę. Kiedy o wpół do dziesiątej skończyła, zajrzała do Alberta, żeby się pożegnać. Zostało jej półtorej godziny do spotkania. Odprowadził ją do drzwi i w korytarzu cmoknął w policzek.

– Trzymaj kciuki – powiedziała.

Spojrzał na nią nierozumiejącym wzrokiem.

– Za co?

Zapomniał! Już wtedy, gdy powiedziała mu o tej rozmowie, zareagował obojętnie. „Ze względów finansowych nie musisz tego robić” – skwitował jej plany. Jakby chodziło jej o pieniądze.

– Za spotkanie w redakcji.

– Ach, to – uśmiechnął się z lekką ignorancją. – Poradzisz sobie.

Przerwało im wołanie dobiegające z klatki schodowej.

Po schodach schodziła Loretta Kiendel, lokatorka z mieszkania na poddaszu. Pracowała jako ekspedientka w sklepie z artykułami gospodarstwa domowego, ale dorabiała sobie, sprzątając u ojca Alberta. Musiała kombinować, by po rozwodzie starczyło jej na czynsz. Perfekcyjnie nałożony makijaż nie tuszował ani bladości, ani bruzdy na czole, która od dnia wypadku jej córki tylko się pogłębiała. Franziskę, zaradną siedemnastolatkę, w miniony poniedziałek potrącił jakiś początkujący kierowca. Dziewczyna wciąż nie odzyskiwała przytomności.

Loretta Kiendel pokonała ostatnie stopnie i podeszła bliżej. Miała na sobie dżinsy, czarny t-shirt z błyszczącą aplikacją i buty na pięciocentymetrowych obcasach – sygnał, że dziś był dzień sprzątania. Tlenione kręcone włosy przytrzymywała czarna opaska.

– Pana ojciec miał wrócić wczoraj wieczorem – powiedziała. – Ale w mieszkaniu go nie ma, nie ma też samochodu na podjeździe. Kontaktował się może z panem?

Albert potrząsnął głową.

– Może chciał uniknąć wzmożonego ruchu w weekend – odparł. – Na pewno wróci do południa, w końcu nie raz już zdarzało się, że przedłużał pobyt.

– Ale nie wówczas, kiedy wiedział, że przyjdę sprzątać. Może coś mu się przydarzyło. – Sąsiadka zmarszczyła czoło, wyraźnie zaniepokojona.

– Gdyby miał wypadek, policja zawiadomiłaby nas o tym – uspokajał ją Albert.

– A jeśli się przewrócił? Moja teściowa leżała dwie godziny ze złamaną szyjką udową, zanim ktoś wezwał pomoc. Tyle że pana ojca nikt nie usłyszy na tym odludziu pod lasem.

Babs jakoś nie mogła sobie wyobrazić swojego teścia w roli bezbronnego staruszka. Był człowiekiem, który zawsze wszystko miał pod kontrolą, i nawet gdyby rzeczywiście nieszczęśliwie upadł, wyjąłby z kieszeni telefon i wezwał pogotowie albo zadzwonił po Alberta.

– Ojciec ma komórkę – wyjaśnił Albert. – Ale jeśli naprawdę to panią niepokoi, mogę do niego zadzwonić.

Loretta Kiendel wpatrywała się w niego spod przymrużonych powiek.

– Mnie pan nie musi uspokajać. To w końcu pana ojciec. – Obróciła się na pięcie, ale zatrzymała na najniższym schodku. – To mam sprzątać czy nie?

– Tak, proszę.

– Dobrze.

Jasne loki zawirowały, kiedy kobieta odwróciła się i wbiegła energicznie po schodach, każdym krokiem manifestując swoją dezaprobatę.

Albert mimo wszystko był zaniepokojony. Babs zauważyła, jak kąciki jego ust spinają się w grymasie, a sylwetka sztywnieje. Potarł czoło.

– Może powinienem jednak do niego zadzwonić?

Wolfram nie był zniedołężniałym staruszkiem. Prawdopodobnie szorstko zareaguje na ten kontrolny telefon, ale decyzja należała do Alberta.

– No to zadzwoń – odparła Babs i opuściła przychodnię. Musiała się naprawdę starać, by nie pokazać mężowi, jak bardzo ją rozczarował.

W domu wzięła prysznic, ułożyła włosy na szczotkę i umalowała się. Specjalnie na tę okazję kupiła szary garnitur z mieszanki lnu i jedwabiu, a także białą bluzkę – wybrała kombinację szyku i luzu. Perfekcyjnie, pomyślała, narzucając płaszcz przed lustrem. Wzięła torebkę i wyszła z mieszkania.

Redakcja magazynu „Wnętrze & Design” mieściła się przy Leopoldstrasse. Babs udała się tam na piechotę i punktualnie weszła do biurowca. Recepcjonistka zgłosiła telefonicznie jej przybycie, a potem skierowała ją na trzecie piętro.

– Pani Jäger będzie czekać przy windzie.

Veronika Jäger była znajomą Caroline i kierowała działem kuchni i łazienek. W redakcji miała przydomek „królowa pomieszczeń wilgotnych”. Caroline wspomniała, że jest wymagająca, ale miła.

W windzie Babs z ulgą zdała sobie sprawę, że jej zdenerwowanie gdzieś się ulotniło. Nie miała nic do stracenia, mogła tylko zyskać. Winda zatrzymała się i Babs wyszła na wyłożony jasnoszarą wykładziną korytarz. Pomyślała, że to dość niepraktyczny kolor jak na powierzchnię zadeptywaną codziennie dziesiątkami stóp. Gdy rozglądała się wokół, podeszła do niej pulchna kobieta w dżinsach i szarym kaszmirowym sweterku. Włosy w kolorze głębokiej miedzi zwijały się w zadziorne kędziory i podskakiwały przy każdym jej kroku. Blada cera usiana piegami pozwalała przypuszczać, że pod warstwą farby jej włosy były ogniście rude.

– Cieszę się, że znalazła pani czas, pani Heckeroth – powiedziała kobieta, wyciągając rękę do Babs. – Od dawna szukam kogoś z pani drygiem. Przejdźmy do mnie. Później pokażę pani redakcję.

– Dziękuję – odparła Babs z lekkością, która zadziwiła ją samą.

Minęły dział grafiki oraz gabinet naczelnego i weszły do biura redaktorki. W pokoju dominowały szarość i biel, odrobina jasnej zieleni przydawała wnętrzu świeżości. Babs nie spodobała się jedynie typowa dla wszystkich biur przeszklona ściana wychodząca na korytarz. Człowiek siedzi jak na cenzurowanym, pomyślała. Salę konferencyjną po drugiej stronie przed niepożądanymi spojrzeniami chroniły wertykale – majaczące za nimi sylwetki zdradzały, że właśnie trwa narada.

Veronika Jäger wskazała krzesło i zaproponowała kawę. Potem od razu przeszła do rzeczy.

– Caroline wspominała, że kiedy pojawiły się dzieci, przerwała pani studia…

Babs skinęła głową.

– Właściwie to zamierzałam kiedyś zrobić dyplom…

– Tym proszę się nie martwić. Dla nas liczy się efekt. A to, co pani zrobiła z mieszkaniem Caroline, mówi samo za siebie. Zaglądała już pani do naszego pisma?

Babs oczywiście kupiła aktualny numer i musiała przyznać, że magazyn wyróżniał się spośród innych luksusowych pism wnętrzarskich dla wymagającego czytelnika.

– Tak. Szczególnie podobają mi się reportaże – przyznała. – A także to, że prezentowane meble i akcesoria są osiągalne nawet dla zwykłego śmiertelnika.

Veronika uśmiechnęła się.

– Na tym właśnie polega nasza koncepcja. Nie chodzi o to, by rozbudzić w czytelniku głód luksusu, ale by pokazać, w jaki sposób może upiększyć swoje mieszkanie za niewielkie pieniądze i dzięki fajnym pomysłom. Częścią tej koncepcji jest nasz serwis „Jeden problem – trzy rozwiązania”. Co miesiąc wybieramy jakieś „trudne mieszkanie”, na które czytelnik nie ma pomysłu, i opracowujemy trzy propozycje różniące się nie tylko wzornictwem, ale i zasobem portfela. Jest wariant niskobudżetowy, jest coś dla klasy średniej i wreszcie propozycja dla ludzi, którzy wydadzą na remont wszystkie swoje oszczędności. W najbliższym wydaniu zajmiemy się trudną łazienką, a w przygotowaniu mamy wydanie specjalne – wyłącznie z kuchniami. Może pani mieć wolną rękę.

– Jak to? – zapytała Babs, nie kryjąc zaskoczenia. – To znaczy, że mam to zlecenie?

– No jasne. – Redaktorka wzięła skoroszyt ze stosu papierów. – W ten sposób najprędzej przekonam się co do pani umiejętności. Więc jak? Bierze to pani czy nie?

– Oczywiście. – Babs bardzo starała się nadać swojemu głosowi zdecydowane brzmienie, choć sama nie wierzyła w tak błyskawiczny obrót spraw.

Przez następne pół godziny omawiały projekt problematycznej łazienki młodej czytelniczki, która kupiła mieszkanie w starym budownictwie. Łazienka była mała, nieustawna, a instalacje położono bez ładu i składu. Poza tym lokatorce brakowało miejsca na przechowywanie rzeczy.

– Da pani radę do najbliższego poniedziałku? – zapytała Veronika Jäger. – Chodzi tylko o wstępne szkice. Chcę zobaczyć, w którym kierunku pani pójdzie.

– Poradzę sobie – przytaknęła ochoczo Babs, chociaż nie miała pojęcia, jakim cudem zaledwie w tydzień wymyśli i przygotuje trzy aranżacje.

Ustaliły szczegóły dotyczące honorarium – satysfakcjonujące obie strony – i kobieta poprowadziła Babs na obchód redakcji. Gdy wyszły na korytarz, otworzyły się drzwi pokoju konferencyjnego. Pośród wylewających się ze środka pracowników dostrzegła znajomą twarz. Carsten Morgenroth. Rozmawiał z koleżanką, kiedy spotkały się ich spojrzenia. Zaniemówił, a potem na jego twarzy pojawił się uśmiech – ten sam młodzieńczy uśmiech, który zapamiętała z pewnych studenckich wakacji, kiedy na jedno gorące lato połączyła ich krótka namiętność.

Babs odwróciła wzrok, a Veronika Jäger dotknęła lekko jej ramienia i przedstawiła ją kilku osobom. W międzyczasie Carsten podszedł bliżej.

– Witaj, Barbaro! Co za niespodzianka! – Wyglądał, jakby czas się dla niego zatrzymał. Jego włosy były ciemne jak leśny miód, sylwetka wciąż wysportowana, a spojrzenie piwnych oczu ciepłe i przyjazne.

– Znasz panią Heckeroth? – Veronika Jäger zatknęła kciuki za pasek. – Świetnie. To ona przygotowuje projekty do następnego wydania.

– Studiowaliśmy razem – wyjaśnił Carsten, po czym wyciągnął rękę do Babs. – Ale wtedy jeszcze nosiłaś nazwisko Meining. Naprawdę wyszłaś za Alberta? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewało zdumienie, jakby Albert był największym nudziarzem świata.

– Owszem, trzynaście lat temu – odparła Babs. – Dobrze nam ze sobą. Jego gabinet prosperuje, chłopaki wyrosły, a ja właśnie próbuję wrócić do zawodu. A co ty tu robisz?

Carsten uśmiechnął się.

– Jestem redakcyjnym klaunem. Żongluję tematami i terminami, poskramiam rozwydrzonych fotografów, wymachuję batem, żeby magazyn trafiał do kiosków na czas, a jednocześnie hipnotyzuję naszego wydawcę. W skrócie: jestem naczelnym. A zatem będziemy widywać się teraz częściej. Pięknie. – Rozdzwoniła się przypięta do jego paska komórka. – To na razie. – Sięgając po telefon, figlarnie puścił do Babs oczko.

W drodze do domu targały nią sprzeczne emocje. Z jednej strony była dumna ze swojego pierwszego zlecenia i z zaufania, jakim ją obdarzono. Z drugiej czuła niepokój z powodu napiętego terminu. Tylko tydzień. A ona przecież nawet nie miała własnego biurka. Planowała przekształcić spiżarnię przy kuchni w biuro, ale teraz nie miała na to czasu.

Dochodziło południe, gdy wróciła do domu. Przebrała się w dżinsy i koszulkę, przyrządziła chłopcom spaghetti bolognese, a kiedy wrócili ze szkoły, zjadła razem z nimi. Pytanie o klasówkę Noel skwitował zdawkowym: „Może być”, podczas gdy Leon zacisnął mocno usta, by nie parsknąć śmiechem.

– A zatem nie zmarnuję czasu, jeśli upiorę ci koszulki na trening? – podpuszczała syna Babs. – Będzie piątka?

– Spoko – wyrwało się Leonowi z wypchanych makaronem ust. Natychmiast spłonął rakiem i wbił wzrok w talerz z takim skupieniem, jakby coś mu się w nim objawiło.

Noel drgnął i sięgnął pospiesznie po widelec. Babs wodziła czujnym wzrokiem między jednym synem i drugim.

– Chcielibyście się z czegoś wyspowiadać?

Poderwali głowy jak na komendę.

– Nieee... Dlaczego? – odparli chórem.

– Macie mnie za idiotkę? – Babs postanowiła się zdemaskować. – Spójrzcie tylko na siebie. Nawet mnie trudno dziś was rozróżnić. A więc? – Uniosła brwi w oczekiwaniu. Leon nie potrafił już dłużej powstrzymywać uśmiechu. – Więc jednak się zamieniliście – westchnęła. – Uważacie, że to w porządku?

– Ale, mamo... – jęknął Noel, po czym zaczęła się burzliwa dysputa na temat nieprzydatności łaciny.

– Pani i tak się nie zorientowała. Poza tym co to komu szkodzi – rzucił lekko Leon.

– Ależ oczywiście, że szkodzi. Szkodzi waszym kolegom, którzy się uczą, a nie mają sobowtóra, który ich zastąpi. To, co zrobiliście, nazywa się oszustwem. – Babs wiedziała, że to mocne słowo, ale uważała, że jest odpowiednie. Zgodne z prawdą. Ich wesołość raptownie się ulotniła. Może jednak była zbyt surowa? Ale przy całym zrozumieniu dla ich pobudek, czyn miał pewne konsekwencje, i to właśnie starała się im uświadomić. Oczywiście nie zamierzała donosić na nich w szkole. Musiała znaleźć inne rozwiązanie. – Co powiecie na prace społeczne? – zaproponowała. – Macie jakiś pomysł czy coś wam zaproponować?

Noel wsparł podbródek na ręce i skrzywił się.

– Moglibyśmy robić zakupy tej Katzameier.

– Pani Katzameier – poprawiła go z naciskiem Babs. Starsza pani mieszkała na czwartym piętrze i była jeszcze dość krewka. Ale ponieważ prawie nie widziała, obawiała się upadku ze schodów i rzadko opuszczała mieszkanie. – To dobry pomysł. Możecie zacząć od razu. Lepiej tego nie odwlekać. Tylko nie myślcie, że pójdziecie do niej raz i sprawa załatwiona. Myślę raczej o czterech tygodniach.

– Czterech tygodniach?! – jęknęli jak na komendę.

– Tak – powiedziała Babs tonem nieznoszącym dyskusji. – I jeszcze jedno. Jeśli pani Katzameier zechce was wynagrodzić, podziękujecie grzecznie i odmówicie. Czy wszystko jasne?

Chłopcy nie wyglądali na zachwyconych, ale wyszli z kuchni. Już po chwili Babs usłyszała ich kroki na schodach i brzęk dzwonka do drzwi starszej pani.

Następne półtorej godziny spędziła, krzątając się po domu. Potem zaparzyła herbatę i usiadła nad materiałami do magazynu. Jeszcze w redakcji przyszło jej do głowy parę pomysłów, które teraz chciała przelać na papier. Wzięła z gabinetu Alberta blok i usiadła przy kuchennym stole. Jej metody pracy były rodem ze średniowiecza, ale nie miała własnego komputera, a sprzęt Alberta nie miał odpowiedniego oprogramowania. Będzie musiała wkrótce naruszyć zaskórniaki. Nie chciała prosić męża o pieniądze na podstawowe wyposażenie jej biura.

Kiedy skończyła szkice, zaczęła zastanawiać się nad kolacją. Zamierzała przyrządzić coś lekkiego, do tego chłodne prosecco – trzeba uczcić pierwszy krok jej kariery. Zadzwoniła do Alberta i zapytała, kiedy wróci.

– Nie wiem – westchnął. − Poczekalnia pęka w szwach, a przed chwilą znowu była u mnie pani Kiendel. Ojca nadal nie ma. Wciąż też nie odbiera telefonu. Chyba jednak powinienem do niego pojechać i sprawdzić, co się dzieje.

– Naprawdę uważasz, że to konieczne? – Babs wiedziała, że jeśli Albert po pracy pojedzie na daczę, to wróci Bóg wie o której. Nie chciała, by tego wieczoru teść znowu wszedł im w paradę. Wolframowi pewnie tylko wyładowała się komórka. Czasami zapominał ją podłączyć. − Przecież bywało, że zostawał dłużej. Gdyby cię potrzebował, zadzwoniłby. Zwykle robi to z byle powodu. – Nie mogła się powstrzymać od złośliwości, choć była przekonana, że nawet jeśli Albert nie pojedzie do ojca, będzie nieustannie próbował się do niego dodzwonić. Tak czy siak, z miłego wieczoru znowu nici. – A może ja bym tam pojechała? − zaproponowała. − Wrócę, zanim skończysz przyjmować, a potem moglibyśmy…

– Nie – zaoponował, nie dając jej skończyć. − Ja pojadę.

W porządku, pomyślała Babs, nie to nie.

Wyjrzała przez okno. Zaczęło padać.



Inne książki tego autora


Zapłatą będzie śmierć

Niewidzialny Pierścień
Bestsellery
  • Ciotka Poldi i sycylijskie lwy MARIO GIORDANO
  • Fałszywy pocałunek MARY E. PEARSON
  • Cela JONAS WINNER